piątek, 30 sierpnia 2013

Jako Zielona Mama jedyne co wiedziałam o niemowlęcych rozmiarach na początku akcji "Wyprawka" to to, że świeżo urodzony berbeć ma ponad 50 centymetrów. To mi wystarczyło, bo wiem jak duży jest mój Otwór Wylotowy, więc ta zabawa w wyobrażanie sobie wielkości dziecka mnie lekko odstraszała. 

Czas jednak wydorośleć i myśląc o dziecięcych rozmiarach przestać wyobrażać sobie półmetrową cukinię przechodzącą przez otwór na listy. Czas ogarnąć tą kupę nowych ciuszków piętrzących się na wersalce (wartość 270 zł- przysięgam, że więcej już nie kupuję!!!). 

Pierwsza połowa poszła gładko- okazało się, że rozmiary zaczynają się od 50 i przeskakują co 6 (56, 62, 68 itd.), jako rozpłodziciele wysocy nie powinniśmy inwestować zbytnio w 50 ani 56, skupić się raczej na 62 i 68. No dobrze, ogarniam... Gorzej z drugą połową ciuchów- tam zaczęły się nagle metki nie z rozmiarami tylko z miesiącami, kilogramami i centymetrami. Na niektórych pojawiły się tajemnicze słowa dodatkowe typu "newborn". What the f***? Jakby producenci tych mini mini ubranek mówili: "w posiadaniu niemowlęcia nic nie może być zbyt łatwe, buhahahah" Skurkowańcy jedni.



Dzięki niebiosom, jest Internet. Więc ogarnęłam tabeleczkę rozmiarów i wklejam ją tutaj, może Wam też się przyda:

Rozmiar
Wiek
Wzrost (cm)
Waga
50 tiny babywcześniaki    do 502,5
56 new bornnoworodki51-563,5
620-3 m57-625,5
683-6 m63-688
746-9 m69-749
809-12 m75-8011

Na podstawie kilku list wyprawkowych z Internetu oraz po wizycie u jednej z najrozsądniejszych młodych mam, jakie znam utworzyłam ciuszkową listę wyprawkową dla mojej Krewetki (zakładając, że dziecko na starcie będzie miało 56-58 cm, ja miałam 54, ale mój K ma 190cm)

Rozmiar 56 (tak dla bezpieczeństwa):
- body z długim rękawem 1
- body z krótkim rękawem 1
- śpiochy 1
- pajacyk 1
- czapeczka (do szpitala) 1
Rozmiar 62/68:
- body z długim rękawem 4
- body z krótkim rękawem 4
- pajacyk 4
- śpiochy 2
- ciepła czapeczka 1
- okrycie kąpielowe 1
- rajstopki 1
- rękawiczki niedrapki 1
- skarpetki 3
- półśpiochy 1
- kombinezon 1

Jak widzicie wszystko jest w ilościach naprawdę racjonalnych. Obstawiam, że znajomi i rodzina dorzucą swoje parę kilo do ciuszków, więc wszystkiego będzie w bród. A jeśli nie- sklepy są otwarte również PO PORODZIE. Moja Mamusia sama mówi: "Ty nic nie kupuj, w pawlaczu są jeszcze walizki z niemowlęcymi ubrankami z Anglii kupionymi jak byłyście małe". Więc w razie czego- o tym, że mam już ciuszków za 270zł Mamusi ani mru mru.

Ps- zgodnie z umową zawartą w poście "Co się dzieje w 27 TC" informuję, że proces depilacji TAM zakończył się sukcesem. Prawie godzinę spędziłam w łazience z całym systemem lustrowo- wspomaganiowym. Udało mi się uchronić od przewrócenia się, rozwalenia deski klozetowej i obcięcia nożyczkami... no nieważne, możecie być ze mnie dumne. Ogromny brzuch nie przeszkodził mi w dbaniu o siebie w ciąży. A dbać trzeba. 
Wypróbowałam również patent Kredki i przypadkowo, akurat jak K wrócił z pracy balsamowałam po prysznicu nic innego jak klatkę piersiową. Całkowicie przypadkowo. Obserwował chwilę a potem stwierdził "Jak tak patrzę, to widzę, że źle to robisz. Daj pomogę ci."
Reszty możecie się domyśleć. ;)

Opublikowano 03:41 by lipson

27 komentarzy

czwartek, 29 sierpnia 2013

Rozpoczął się trzeci trymestr. Niecałe 90 dni dzieli mnie od Dnia, W Którym Otworzy Się Pochwa. Stwierdziłam, że czas odpowiedni by opowiedzieć o Zespole Policystycznych Jajników (PCO), chorobie która dyktuje zasady w moim życiu.

Zaczęło się w gimnazjum. Włosy jakieś takie na rękach ciemne, na plecach coś zaczęło się pojawiać, inne dziewczynki tak nie miały, więc poszłam do lekarza. Diagnoza dermatologa: "taka twoja uroda". 
Miesiączkę miałam mega nieregularną od zawsze, moja ex ginekolog, akurat wypisując mi receptę na antykoncepcyjne powiedziała: "to nic, tabletkami unormujemy".

Wiecie kto pierwszy powiedział mi, że mogę mieć problemy hormonalne? Specjalistka, do której jako studentka chodziłam na laserowe usuwanie włosów na brodzie (tak, doszło do tego). Babka od laserów po rozmowie ze mną stwierdziła, że mogę mieć problemy z jajeczkowaniem. Babka od laserów.

Zwierzyłam się koleżance, doradziła mi kompleksowe badania w klinice poznańskiej. Tam przyjęli mnie z podejrzeniem guza nadnerczy. Z perspektywy czasu zastanawiam się czy guz nie byłby lepszy- guza można usunąć. Na wypisie, po tygodniu hospitalizacji napisano "Zespół policystycznych jajników", zalecono tabletki trzy razy dziennie, lekarka powiedziała: "będzie bardzo trudno, ale dobrze by było schudnąć"

Co to jest PCO nikt mi nie powiedział. Przeczytałam w Internecie.
I się poryczałam.


PCO to same szitowe objawy: nadwaga, trudności z chudnięciem, problemy z potliwością, hirsutyzm (włosy wszędzie), problemy z przyswajaniem glukozy, zaburzenia miesiączki, brak jajeczkowania... i ten brak jajeczkowania w praktyce przekłada się na wyrok: SZANSE NA DZIECKO= 17%.

Po receptę na tabletki poszłam do lekarki rodzinnej, od razu dałam jej ksera ze szpitala by zaktualizowała moją kartę.
- O, PCO - odczytała z karty - Ale nie martw się, są jeszcze adopcje.
Miła perspektywa, prawda? A miałam wtedy ciut ponad dwadzieścia lat. Koleżanka, która okazała się być chora na PCO poradziła mi "Ty nie czekaj. Po dwudziestym piątym roku życia szanse w ogóle lecą na łeb, na szyję. Ja mam zamiar znaleźć sobie jakiegoś przystojnego mądrego studenta i zrobić sobie dziecko. Potem może być już za późno."

Byłam młodą studentką, życie przede mną, oczywiście, że chciałam mieć dziecko... ale KIEDYŚ. A puszczać się z kimś obcym, bo  potem może już się nie udać... To nie było dla mnie. Więc zaakceptowałam fakt, że mam WADĘ i nie robiłam nic. Odsuwając problem "na potem". 

K poznałam półtora roku temu, nasza druga randka to była impreza z okazji moich 25 urodzin. A 25 urodziny to ważna liczba w życiu chorych na PCO- płodność spada drastycznie. Na facetów patrzyłam inaczej niż kilka lat wcześniej- szukałam cech dobrych mężów i ojców. Dostrzegłam je u K. Po 5 miesiącach od naszego pierwszego spotkania opowiedziałam mu o mojej chorobie i powiedziałam, że chcę zacząć starać się o dziecko. Jeśli on nie chce, to koniec- nie mam czasu na związki bez przyszłości.

- I tylko tyle? - spytał po całej mojej opowieści.
- Jak to "tylko tyle"?! Właśnie ci powiedziałam, że najprawdopodobniej nigdy nie będę miała dzieci!
- I tyle? - powtórzył szczerze zdziwiony - Myślałem, że chcesz powiedzieć, że mnie nie kochasz i z nami koniec. A z chorobą sobie poradzimy, jesteśmy silni i damy radę.
- Chcę za miesiąc odstawić tabletki i zacząć starać się o dziecko - powiedziałam nadal w szoku, byłam pewna, że sam mnie rzuci po takich informacjach. Może nie zrozumiał?
- Dobrze. To wypadałoby żebym się wprowadził - powiedział spokojnie.

Dwa pierwsze miesiące obserwowaliśmy jajeczkowanie. Robiłam wszelkie badania, K również musiał. Seks uprawialiśmy według zaleceń Gina- "no to tak, pani Olu, seks we wtorek, czwartek i niedzielę". Dlatego wszyscy, którzy mówią starającym się o dziecko "najważniejsze to się zrelaksować i po prostu się kochać" gówno wiedzą. Seks jest w odpowiednie dni, po seksie nogi do góry i zamiast tulić się do faceta oblepiasz dupą ścianę. 

Gdy obserwacje wykazały, że moje jajniki nie pracują w ogóle, nadszedł czas na tabletki. Ponownie: seks według zaleceń Gina, tabletki na pobudzenie pracy jajników. Doszło nawet do tego, że podczas mojej pracy w Poznaniu, K przyjechał na weekend specjalnie po to, by "się bzyknąć". Nie "kochać się", a po prostu bzyknąć by nie stracić owulacji. Tak wyglądają starania o dziecko.

Gdy po miesiącach okazało się, że tabletki nie działają i czas na radykalne kroki (stół operacyjny), pomyślałam "o cholera, to już tak na poważnie". Wiecie... dojrzeć do dziecka to jedno, a robić dziecko, bo "już czas" to co innego. Może jednak nie czas? A może powinnam się wyszaleć? A co jeśli będę złą matką? Boże, jak w ogóle ja matką, przecież ja sama bajki jeszcze oglądam?!"
- A K cię wspiera? - spytała koleżanka.
- Oj tak, mówi, że sobie poradzimy.
- To ty się jeszcze zastanawiasz? Masz świetnego faceta, który przechodzi przez to wszystko i chce z tobą dzidzię. Ty go kochasz, on kocha ciebie, a dziecko to nie jest koniec świata.

Wylądowałam więc na stole. Sam zabieg pod narkozą, ale po zabiegu niezbyt przyjemnie, zwłaszcza przez strach po intubacji i ból po cewniku. Okropny ból i trauma w WuCecie przez kilkanaście dni. Po zabiegu lekarz powiedział "teraz czekamy na miesiączkę". Więc czekałam. Imprezowałam trochę, seks na ten krótki czas stał się znów "kochaniem" a nie "bzykaniem", psychika zrelaksowana, było ok.

Piszę "przez ten krótki czas", bo co prawda okres się w ogóle nie pojawił, ale pojawiły się dwie kreski na trzech testach ciążowych. Przy przeliczeniu okazało się, że Dzidziol będzie konsekwencją witania K po jego dwutygodniowej delegacji. Owoc tęsknoty i owoc miłości :)

Opublikowano 10:54 by lipson

22 komentarzy

środa, 28 sierpnia 2013

K pracuje od 7 do 15, ale czasem zdarza mu się druga zmiana. Aktualnie takową ma. Szkoda, bo wieczorami Dzidziol najfajniej kopie. Tzn. wieczorami Dzidziol najfajniej kopał. Od wczoraj zmieniło się to lekko.

Leżę wieczorkiem z kalendarzem mym i myślę, jak tu poprzerabiać niektóre rzeczy, w radiu wybija 22 i się zaczyna kopanie. ALE JAKIE! Do tej pory krewetkowe kopanie przechodziło przez kilka faz: subtelne (leciuteńkie kręcenie się po brzuchu, jakbym za dużo na kolację zjadła), urocze (gdy po wielominutowym wyczekiwaniu widziałam lekkie drganie brzucha) i wyczuwalne (gdy już nawet K ręką "coś tam" czuł). Wczorajsze kopanie nie było ani subtelne, ani urocze, ani ledwo wyczuwalne, BYŁO PRZERAŻAJĄCE! Brzuch skakał, falował, wibrował, tu coś zadrżało, tam się wygięło, bum bum pam! Mamusiu Moja! Mam obcego w brzuchu! Wielki obcy homo sapiens rozwala się po wnętrzu i chciałby wyjść! Pomocy!

Trwa to kilkanaście minut, akurat K wchodzi do mieszkania.
- O, kafelkarz skończył - zauważa - można wchodzić do kuchni?
- No delikatnie można.
- Świetnie, od trzech dni nie piłem swojego piwa.
Tutaj wypadałoby nadmienić, że K warzy swoje własne piwo, z sukcesami trzeba przyznać. Piwo natomiast stoi w gospodarczym, do którego dostać się można jedynie od kuchni.
- No to bierz piwo i chodź tu do mnie oglądać.
- A co się dzieje? - pyta już z kuchni.
- Krewetka masakrycznie kopie! Jeszcze nigdy tak ostro nie waliła!
K staje w drzwiach sypialni z otwartą butelką w jednej ręce i kuflem w drugiej. Pokazuję mu na brzuch i sama zaczynam znów obserwować przerażając fale na wielkim brzucholu.
- O kurczę. Łał! No super! - dochodzą mnie zachwyty K, uśmiecham się nadal patrząc na brzuch dumna z emocji krewetkowego taty - Wygląda świetnie! A jak się pieni! Jak gazuje!
Oczy wychodzą mi z orbit gdy odwracam wzrok od brzucha i patrzę na mojego lubego, który z miłością kończy przelewanie piwa do kufla, bierze łyka, robi minę "niebo w gębie" i spoglądając z ciekawością na mnie pyta:
- To jak tam dzidzia?
No a dzidzia to akurat występ skończyła. 



Krewetka jest wielka. W podręczniku ciążowym mówią, że od główki do pupy ma 24 centymetry (a do tego jeszcze nogi dochodzą)! Nie dziwota, że takie kopniaki mi sprzedaje, skoro jest taka ogromna! Patrzę właśnie na ostatnie USG i oprócz dwóch zdjęć z profilu (dość ludzkiego profilu w porównaniu do zdjęć z początku ciąży) i zdjęcia Syndromu Hamburgera jest trochę cyferek, które ambitnie postanowiłam rozszyfrować. Najpierw jednak foto słynnego hamburgera razem z pokazaniem niedowiarkom, że coś z tego hamburgera w kobiecych narządach faktycznie jest ;)


Dane na USG:
BPD 61,59      = szerokość główki od ciemienia do ciemienia (norma 63-75)
HC 241,21      = obwód główki (norma 227-264)
AC 228,29      = obwód brzucha płodu
FL 49,79         = długość kości udowej (norma 44-53)
AUA 26w2d   = wiek ciąży (wg ustaleń Gina to 26w3d więc mała róznica)
EFW 864,29g = szacunkowa masa płodu (norma ok. 900g)

Czyli aktualnie mam wysokie szczupłe dziecko z wąską głową. Czyli zdecydowanie po tatusiu. Oby charakter i wyczucie odziedziczyło po mamusi...

Opublikowano 12:55 by lipson

10 komentarzy

wtorek, 27 sierpnia 2013

TRZECI TRYMESTR!!!

U MAMY:

- brzuch nadal rośnie
- możliwe, że pieprzyki robią się większe i ciemniejsze oraz pojawiają się włókniaki
- od teraz do porodu należy pić więcej płynów, najlepiej siedzieć lub leżeć z nogami do góry (staram się)

U KREWETKI:

- płód rośnie jak na drożdżach, ma coraz mniej miejsca więc i kopniaki są częstsze i silniejsze
- dzieci, które przyszłyby teraz na świat mają bardzo duże szanse przeżycia
- waga: około 920g
- samodzielny oddech staje się regularny i rytmiczny



Mimo, że przez ostatnie półtora miesiąca przytyłam tylko 2 kilogramy, brzuch mam ogromny. Nawet nie pamiętam jak wygląda moje krocze z góry, a wypadałoby się jakoś wydepilować. Matko boska, jak to zrobić z taką przeszkodą na drodze oko-krocze?

Zaczęły się problemy z kręgosłupem, przy zamiataniu kuchni muszę się prostować trzy razy, żeby przeżyć. A kuchnię zamiatam gdyż-ponieważ mamy przeddzidziowy remont- kafelki w kuchni, podłoga w korytarzu, zakup pralki i kuchenki, parę innych pierdół. W domu wszystko rozwalone, kuchnia zdemontowana stoi wszędzie. Koszt kuchni to jakieś 1200zł (10 metrów kwadratowych), pralka i kuchenka po 1100zł, podłoga kilka stów. Dużo wydatków, cholera, a mi się perfum kończy...

Paka dla dzidziaka lekko się powiększyła, mogę poodhaczać kilka pozycji na gigantycznej liście wyprawkowej:
- łóżeczko z karuzelą Fisher Price (lekko używane 70zł na tablica.pl)
- dzienniczek dla mam Maluszka Czas (można dostać za 30zł na sierramadre.pl)
- czarno-biała książeczka dla dzieci 0-6miesięcy Oczami Maluszka (można dostać za 20zł na sierramadre.pl)
- 2 paczki pieluszek Dada (50zł, promocja w Biedronce)
- termometr do ucha i czoła (50zł, promocja w Lidlu)
- paczka podkładów dla mamy po porodzie Bella (darmo, od koleżanki)
- maść na sutki Maltan (darmo, od koleżanki)
- smoczek na start Canpol (darmo, od koleżanki)
- rożek z gąbką (nowy 50zł od koleżanki)
- pościel dziecięca z powłoką bakteriostatyczną + ochronka do łóżeczka (nowa, od koleżanki 150zł)
- wkład do pościeli (oddychający, żeby dzidziol się nie udusił- nowy, od koleżanki 80zł)
- ciuszki nowe w rozmiarze 56 (komplet kaftanik+ śpioszki, body z długim rękawem, półśpiochy), w rozmiarze 62 (2* body z krótkim rękawem, rajstopki+ sukienka, kaftanik), w rozmiarze 68 (body z krótkim rękawem), w rozmiarze 72 (body z długim rękawem i bluzeczka) i w rozmiarze 80 (bluzeczka, sukienka i ogrodniczki), do tego 2 czapeczki, rajstopki - całość za 120zł od koleżanki
- od siostry bluzeczka w rozmiarze 68


Jako zielona mama musiałam nawet zrobić sobie ściągę, jaka jest różnica między bodami, kaftanikami, pajacykiem, śpiochami, sweterkami, bo - SORRY LUDZIE - ale nie jest to dla wszystkich oczywiste. 

Zgaga nie odpuszcza, czasem łapią nocne skurcze, Gin powiedział by tego nie ignorować i zapisał Aspargin (7zł), 3razy dziennie. Dziś, w pierwszym dniu stosowania wylazła mi jakaś wysypka na nodze... czyżby od tabletek?
I byłabym zapomniała- akcja "twarzowe pryszcze" powróciła... Viva la ciąża!

Opublikowano 09:52 by lipson

18 komentarzy

poniedziałek, 26 sierpnia 2013

Najważniejsze, żeby było zdrowe. Oczywiście! Ale większość ciężarnych ma marzenia co do płci swego pierworodnego dziecka. Ja chciałam syna- z dziewczynkami jest trudniej. Dziewczynki mają okresy, doły, wydają więcej na kosmetyki, odchudzają się i tyją na przemian, są ofiarami gwałtów i nawet wycieranie tyłka niemowlakowi-dziewczynce jest bardziej uciążliwe, bo przy chłopcu kupa zatrzymuje się na jąderkach a przy dziewuszce... sami wiecie.
Więc trochę zajęło mi "pogodzenie się" z tym, że mój Krewet to może być Krewetka. Ale jednak koniec końców, najważniejsze by dzidzia była zdrowa, a jeśli płeć nie odpowiada... to zrób następną. I tak aż do skutku :D


Na wizytę u Gina idę z Siostrą, bo K w pracy akurat. Siostra- mimo, że z buzi podobna, to z wnętrza niekoniecznie. Posiadanie dzieci to dla niej perspektywa słodka, jak codzienne bieganie 30km o wschodzie słońca. Więc USG miało rozkręcić wrażliwą, matczyną część jej duszy... jeśli takową ma.

Na dzień-dobry u Gina same dobre wiadomości: wyniki morfologii, moczu, glukozy, przeciwciał odpornościowych i cytologii w normie. Waga- ZASKAKUJĄCO- przez półtora miesiąca tylko 2 kilogramy do przodu. JEA BYCZ! Ciśnienie 120/80, długość szyjki ok, szyjka zamknięta, wszystko według planu.

Idziemy do drugiego pokoiku, na USG. Siostra drepcze za mną. Kładę się, podnoszę bluzkę.
- Ło Jezu! - patrzy przerażona - Ale ty masz brzuchol! A jakie rozstępy, fuuuu!
Nikt tak cię nie obrazi jak siostra. Tak, Bóg właśnie po to stworzył rodzeństwo.
- Panie doktorze - mówię do wchodzącego Gina - jestem psychicznie gotowa na to, że może być to dziewczynka, więc może mi pan powiedzieć prawdę.
- No dobrze, ale zaczniemy od początku - zasiada, dostaję przezroczystego gluta na brzuch i się zaczyna - Najpierw główka.
- To jest głowa?! - krzyczy siostra - ale wieeeeeeeeeeelka. 
Ginowi chyba siostrzane podniecenie czarno-białym obrazem się podoba, bo opowiada nam wszystko na co patrzy i co bada- główka, mózg, nasada nosa (niestety nochal wielki po tatusiu), długość kości udowej, liczba paluszków, żołądek, nerki, pęcherz. Siostra przez cały czas gada do Kreweta, by się ładnie ruszał, a jak w końcu noga płodu robi ładny gładki ruch, siostra robi "łooooooooooooooo", czym raduje Gina.
- O - mówi doktor- a tu mamy coś, na co w gwarze lekarskiej mówimy Syndrom Hamburgera.
Co?! - panikuję w myślach - Jezu, przecież dobrze się odżywiam, nie jem tłusto, w McDonaldzie nie byłam wieczność!
- Ale że co? - pytam przerażona
- No Syndrom Hamburgera.
Chwila ciszy.
Siostra półszeptem pyta
- W sensie, że...?
- No dziewczynka będzie - mówi uradowany Gin.

Opublikowano 10:11 by lipson

37 komentarzy

czwartek, 22 sierpnia 2013

Niedługo sierpniowa wizyta u Gina, więc czas na badania krwi i słynną krzywą cukrową. Rano człapiąc do łazienki na wszelki wypadek powtarzałam sobie "nie jedz, nie pij, siknij do kubeczka, nie jedz, nie pij, siknij do kubeczka". Zadziwiający jest fakt, iż coraz lepiej idzie mi trafianie moczem do kubeczka. Tym razem obsikałam tylko jedną rękę, 3 kafelki i kapcia. Do porodu zostało niecałe 100 dni i patrząc na aktualne tendencje, w sikaniu do celu zostanę mistrzem. (czy można to wpisać w dodatkowych umiejętnościach w CV?)

Do punktu poboru trafiłam o 9:30, koszt kompletu badań mocz+ morfologia+ krzywa cukrowa+ przeciwciała odpornościowe wynosi mnie 58 zł. Plusem jest fakt, że panie idące na badanie obciążenia glukozą wchodzą bez kolejki, więc wciskam się przed dwadzieścia osób wypinając wesoło bebzol. Tak! Jestem w ciąży i mam przywileje!

Najpierw cukier we krwi z palca- 68, troszkę mało, ale pewnie ten mały ludź w moim brzuchu wysysa ze mnie cukier w nocy, dlatego ciągle chce mi się słodkiego!



Potem pielęgniarka ciągnie mi krew z żyły i otrzymuję kubeczek z glukozą. Wyciągam z torebki przyniesioną cytrynę, niepewna co mam z nią zrobić. Pielęgniarka mówi, że jak chcę mogę wcisnąć, ale wg. mnie kubeczek wygląda bardzo niewinnie. Dostaję instrukcje "wypić w ciągu 5 minut", więc wdech-wydech i wypijam na raz. Dziewczyny, nie ma się co stresować, to po prostu bardzo słodka woda, jak macie w planach wydusić ponadpięćdziesięciocentymetrowego człowieka przez pochwę, wypicie takiego kubeczka to naprawdę nie problem. Ja machnęłam na raz, jestem hardkor ;)

Po wypiciu magicznego napoju należy usiąść w poczekalni i czekać. Ważne by nigdzie nie chodzić, bo jest się na czczo, a glukoza potrafi jeszcze bardziej osłabić.

W zależności od rodzaju badania na krzywą cukrową, należy się meldować u pielęgniarki na pobór krwi po 25 minutach 4 razy, po godzinie dwa razy lub tylko raz- po dwóch godzinach. Ja mam właśnie tą ostatnia opcję, więc czytam spokojnie książkę przez 2 godziny. Przez ten czas Krewet wariuje w środku (pewnie od zastrzyku glukozy), dostaję tak mocne kopy, że aż dziwię się, że nikt wokoło ich nie słyszy. Po 2 godzinach  hyc! wskakuję do gabinetu, gdzie pani pobiera mi krew i WSIO :)

Wyniki pokazują jaki poziom glukozy był na czczo (u mnie 75), gdzie norma jest od 70 do 90, oraz jak organizm przyjął glukozę z kubeczka, czyli jaki był jej poziom po 2 godzinach - u mnie 100, a norma do 140. Tak więc, jako blondynka patrzę na wyniki i myślę, że jest ok. Jutro Gin to potwierdzi.
Amen.


Ps- apropo tycia: mam krzesło biurowe, na którym siedzę przy komputerze. Takie z dźwignią do opuszczania siedziska. Wyobraźcie sobie, że zapada się pode mną. Nawet krzesło mi przypomina, że jestem wielka jak stodoła.

Opublikowano 12:56 by lipson

17 komentarzy

wtorek, 20 sierpnia 2013

U MAMY:

- najwyższa pora zrezygnować z chodzenia na obcasach, wspinaczki, biegania i skoków- zmienił się środek ciężkości, trzeba chronić brzuch (oj, zdecydowanie rezygnuję)
- 4 przerażające słowa: REGULARNE PRZYBIERANIE NA WADZE

U KREWETKI:

- przez 4 tygodnie płód będzie zajęty głównie nabieraniem ciałka
- zdaniem pewnego eksperta, w tym tygodniu płód wykazuje już oznaki wrażliwości, świadomości i inteligencji, więc lepiej zrezygnować z oglądania Kiepskich
- płód dostrzega już światło i czuje zapachy (niestety czuje tylko śmierdzące wody płodowe)
- dzidziol słyszy nie tylko głos mamy ale też inne głosy, więc wypada puszczać mu jakąś dobrą muzykę (cholera, jakoś nie mam na to w ogóle czasu)


Kupiłam ostatnio pierwszy ciuszek dla Dzidziola. Nie mogłam się powstrzymać. K jest zapalonym bunkrowcem, więc jak zobaczył mój zakup wyszczerzył się od ucha do ucha:




Nigdy nie byłam chuda. Ba! Nigdy nie byłam szczupła. Ale to co teraz mam z przodu ciała pod cyckami jest przeogromne! Patrząc w dół, widzę nie tylko piękne cycki w rozmiarze D ale i brzuch pod nimi. Jest wielki oraz twardy. A co najważniejsze- nie mieści się w majtki i jak tylko jakieś założę, one ładnie rolują się i bebzol wyskakuje radośnie na światło dzienne. Muszę zakupić jakieś babcine majtki rozmiar XXXXXL.
Jestem ogromna (a jeszcze 98 dni przede mną). Dzięki Bogu, K mówi mi różne miłe rzeczy, chociaż widać, że jest już zmęczony moim narzekaniem- ostatnio prawie założyliśmy się o to, że nie zmieszczę się już do auta jeśli mnie porządnie nie wepchnie. 

Skurcze w łydkach zaskakują mnie od 2 tygodni- biorę witaminki dla ciężarnych, skąd więc te bóle? Może być to zatrzymywanie krwi w żyłach, ale jeśli jednak jest to niedobór magnezu, to chyba powinnam zacząc jeść więcej czekolady, fasoli, grochu i orzechów - umówiłam się sama ze sobą, że skupię się na pierwszym i ostatnim. Powinno sie udać.

Dzidziol wali w brzuch konkretnie- zazwyczaj wieczorem i w nocy, ale w czasie dnia tez mu się zdarza. Ostatnio wychwyciłam nawet czkawkę! K jest zadowolony, bo któregoś dnia rano (byłam pewna, że krewetka jeszcze śpi) dostał kop prosto w rękę i odczytał to jako głębokie ponadwymiarowe i niezrozumiałe dla mnie, połączenie płód-stwórca. 

A, zapomniałam - nie przytyłam wyłacznie w okolicach przypominającego piłkę lekarską brzucha. O nie, nie... Przytyło mi wszystko, więc od jakiegoś czasu nie noszę już pierścionka od siostry bo za ciasny a podczas chodzenia, nogi mi mocno o siebie ocierają. Bardzo sexy.


W moim podręczniku ciężarnej doszłam do miejsca "wyprawka dla noworodka". Wcześniej uparcie omijałam wszystkie artykuły na ten temat i wpisy blogowiczek, bo mam jeszcze przecież czas. A tu jednak nawet podręcznik na etapie 26 tygodnia już mi mówi, co powinnam mieć:
- 6 par zapinanych z przodu śpioszków
- 6 zawiązywanych z boku bawełnianych kaftaników z długim rękawkiem
- 6 par zapinanych na dole bawełnianych body
- 6 pajacyków
- 2-3 sweterki
- 2-3 pary skarpetek
- 3 czapeczki
- kombinezon
- 8 flanelowych kocyków
- 2 grubsze kocyki
- 3 prześcieradła z gumkami
- 2 śpiworki do spania
- fotelik samochodowy
- łóżeczko
- gondola i spacerówka
- oświetlenie do karmienia w nocy
- stolik do przewijania
- wanienka
- laktator
- torba na akcesoria do przewijania
- chusta do noszenia dziecka lub nosidełko
- 60 tysięcy pieluszek
- serwetki do ulewania



JEZUS MARIA
JEZUS MARIA
JEZUS MARIA


Jak ja to ogarnę???

Opublikowano 02:05 by lipson

12 komentarzy

Bycie w ciąży oznacza w cholerę dużo ograniczeń- nie można robić wszystkiego na co ma się ochotę, jeść wszystkiego na co ma się ochotę, palić wszystkiego na co ma się ochotę i - co podkreślają wszystkie mądre książki - nie można pić wszystkiego na co ma się ochotę.

Nie powinno się pić gazowanych napojów w kolorach choinkowych lampek, bo nie są zbyt zdrowe. Kolor czarny nigdy nie wróżył nic pozytywnego, więc cola też odpada. Ale najważniejszy w tym kontekście jest oczywiście alkohol.



Są małe spory dotyczące wina- że w sumie raz na jakiś czas nie jest tak źle, że codzienna mała lampeczka też nie jest taka okropnie zła. Ale najbezpieczniej zrezygnować.
Se-myśle: 9 miesięcy to tylko chwilka, dla dobra kreweta lepiej dmuchać na zimne. Żeby potem nie zastanawiać się, czy to nie przypadkiem ta jedna konkretna szklaneczka wina, drinka czy piwa nie sprawiła, że moje dziecko ma trzy ręce albo jedno oko.

Ale ludzie jak widać są różni.


Sytuacja na weselu
Młody facet z końca stołu pokazuje mi butelkę wódki, ja kręcę głową i pokazuję dłonią swój brzuch. Facet przytakuje ale i tak zbliża się do mnie.
- To co, pijemy? - zagaduje.
- W ciąży jestem - odpowiadam z uśmiechem
- No ale co, nie pijesz?


Spotkana na ulicy kuzynka
- Mój zdolny narzeczony znalazł na mieście nowy pub, gdzie leją jakieś mega dobre piwo za piątaka - mówię jej.
- Łe, fajnie.
- No nie mogę się doczekać - mówię sarkastycznie - opiję się na maxa.
- Oj, nie przesadzaj, jedno czy dwa piwa możesz spokojnie wypić. Inaczej urodzisz abstynenta - dodaje z uśmiechem.



Serio? 
Ok, tęsknie do alkoholu, w sensie do upojenia, imprez, wariacji, luzu, tańców. Czasem wezmę łyczek piwa od K, czasem wypiję bezalkoholowe. Ale żeby ludzie wokoło mi DORADZALI picie? No to już trochę przesada.


A Wy co sądzicie? Jak jest z tym winem? Czy to prawda, że piwo jest dobre na laktację?

Opublikowano 02:05 by lipson

5 komentarzy

środa, 14 sierpnia 2013

U MAMY:

- płód zaczyna uciskać żebra i układ pokarmowy, brzuch może boleć po bokach, to efekt rozszerzania się macicy (potwierdzam, najgorzej jest przy szybkim chodzie lub szybkim wstawaniu)
- rozpierdzielu w głowie ciąg dalszy - rozkojarzenie i zmęczenie nadal na porządku dziennym (zdecydowanie tak)
- z radosnym nibyuśmiechem jest szansa na pożegnanie się ze zgagami na rzecz... zaparć (potwierdzam)

U KREWETKI:

- wygląda już właściwie jak normalne dziecko a nie coś co można znaleźć w sałatce z owoców morza
- dzidziol ma już własny rytm snu- śpi jak mamusia chodzi a budzi się, jak mamusia zasypia lub odpoczywa
- dobry moment by zacząć odtwarzać muzykę i sprawdzać czy na nią reaguje



Znacie ten rodzaj miłości, który mężczyzna obdarowuje jedynie swoją pierwszą, przepiękną, śniącą mu się po nocach i będącą powodem do pochwał przed kumplami furę? Tak, tak, mój K bardzo kocha swój samochód. Porządek w środku ma, inwestuje w niego, wszystko czyściutkie, pachniutkie, wypucowane. K bardzo kocha swoją "Gwiazdę". Na tyle, że dopiero ciąża i fakt, że nigdy nie piję alkoholu więc mogę robić za kierowcę zmusiła go do zezwolenia mi na prowadzenie Gwiazdy. 
A ja w przeddzień naszego urlopu, po wizycie u Rodziców, gdzie K napił się piwka, ambitnie stwierdziłam, że zaparkuję tyłem.



Przysięgam, że te wielkie drzewo przy chodniku wyrosło tam w ciągu dwóch sekund.

- No nie widziałaś tego drzewa? - pyta w pierwszym odruchu zdenerwowany K.
- Nosz kurwa, jakbym widziała to bym chyba nie wjechała, nie? - odpyskowuje.
K wychodzi z auta, by ocenić straty a ja ledwo powstrzymuję się od płaczu. Kilkusekundowe zdenerwowanie zastępuje dół wielkości rowu mariańskiego z wielkim transparentem "nie dość, że jesteś gruba, to jeszcze parkować nie umiesz". Bagażnik otrzymał wgniecenie wielkości melona.
Drepczę ze zwieszoną głową za K do mieszkania zastanawiając się kiedy w końcu da mi reprymendę i czy od razu zacznie się pakować i się wyprowadzi. 
Ale w domu nic.

Cisza.
I cisza.

Nie wytrzymuję tego. Nadal walcząc ze łzami idę jako te mięso armatnie na pierwszy strzał:
- Bardzo się gniewasz?
On patrzy na mnie, widzi moją minę zbitego psa oraz łzy w oczach i ze szczerym zdziwieniem mówi:
- No coś ty, nic się nie stało przecież. Ja ci już kiedyś mówiłem, jak rozwalimy to auto to przynajmniej się nowe kupi.

Łoooooo... i jak go tu nie kochać? :)

Opublikowano 04:56 by lipson

11 komentarzy

sobota, 3 sierpnia 2013

Wyprawka dla Mojego Kreweta to aktualnie łóżeczko i karuzela Fisher Price'a. Czemu nie kupuję innych rzeczy? Z lenistwa i... żeby nie zapeszyć chyba. No ok, jestem twardo stąpającą po ziemi dwudziestosześciolatką, ale wiecie- lepiej dmuchać na zimne. Mam jeszcze ponad sto dni na zakup wszystkiego, jest jeszcze czas.

ALE
Przyjmuję wszelkie prezenty. Oj, kocham prezenty. 
Przedstawiam więc dwa pakiety, które ostatnio dostałam. Jeden to część wyprawki dla dzidzi, drugi- a co tam!- jest dla mnie :)


Pakiet dla Mamusi.

Biżuteria ręcznie robiona przez pewną utalentowaną dziewuchę (polecam jej wyroby). Przepiękna w swej prostocie bransoletka z wizerunkiem mamy z dzieckiem bawiących się w samolot oraz urocze delikatne kolczyki z malutkimi wózeczkami! Moja dusza piszczy z podniecenia, jak małolata, która złapała majtki Justina Bibera.





Pakiet dzidziowo- porodowy

Ostatnio odwiedziła mnie psiapsióła z dzieciństwa ze swoim Tadziem rodzonym w styczniu. Podzieliła się ogromem rad z doświadczenia ("kupuj ciuszki zapinane w kroku, a nie na ramionkach, bo nie będziesz przecież co 2-3 godziny ściągnąć z niego całego ciuszka, żeby zmienić pieluchę") i wręczyła mi wielką pakę, zawierającą:
- paczkę pieluszek na start (tescowych, tak na wszelki wypadek)
- paczkę podkładów dla mamy po porodzie Bella
- maść na sutki do karmienia i przed porodem Maltan
- smoczek na start Canpol


Czyli do naszych wieczornych tradycji związanych z wcieraniem przez K balsamu na rozstępy w brzusio (psiapsióła doradziła zmienić go na oliwkę dla dzieci) dojdzie jeszcze na dwa miesiące przed porodem wcieranie maści w sutki. Już nie mogę się doczekać :D


Kocham prezenty, kocham, kocham, kocham! :)




Filmik na dziś (przesłuchajcie KONIECZNIE!):


Opublikowano 16:27 by lipson

23 komentarzy

Wróciłam, żyję i wszystko jest w najlepszym porządku.

Dużo ludzi to jeszcze nic. Dużo pozytywnie zakręconych i różnorodnych, bawiących się ludzi - o, to jest Woodstock. 

Minęłam kilku Świętych Mikołajów, dwie męskie prostytutki i krowę, a to tylko kilku walniętych przebierańców na tej imprezie. Widziałam tabliczki z napisem "free hugs", "free kisses", "zbieram ma buty", "szukam żony", "pokaż cycki a zapłacę 20 zł", "jeśli masz dużego penisa, dorzuć się", "zjem po tobie", żadnych chamskich tekstów, wszyscy pożądający głównie alkoholu lub kasy na alkohol. Ba! Sama widziałam trzy nieogolone męskie tyłki, jedno ogolone męskie jądro oraz dostałam dwie piątki i jednego przytulasa. For free oczywiście. 



Było kilka osób walczących z grawitacją, jeden wyraźnie przegrywający. Dużo śpiących i drzemiących, a wokoło kręcący się patrol osób czuwających nad bezpieczeństwem innych. A ludzi ogrom!

Byłam na koncercie Ja Mmm Chyba Ściebie (czyli Łowcy. B) oraz Farben Lehre. K wszędzie prowadził mnie za rękę, pilnując czy czegoś nie potrzebuję i czy jestem bezpieczna. Spisał się na medal, nie pił alkoholu, żeby prowadzić w drodze powrotnej mimo, że ja mogłam.

A co mnie oburzyło na tej imprezie? Była jedna taka rzecz.
Pewnie pomyślicie o sikających na siebie małolatach, paplających się w błocie narkomanach, agresywnych nagich mężczyznach... Pudło! Niczego takiego nie było. Był natomiast na oko ośmioletni chłopiec siedzący po turecku na trawce, pijący pod mamusinym okiem w najlepsze półlitrowego energydrinka Monster. Kilkulatek pijący wielki napój energetyczny.  Jezu.

Po powrocie wzięłam prysznic, położyłam się na plecach i zabrałam się za czytanie. I wtedy się zaczęło, była północ, czas w którym normalnie zasypiam i czuję, że Dzidziol kopie. Tym razem czułam to i patrzyłam na to (patent z położeniem czegoś na brzuch jest rewelacyjny). Co chwilę wybuchałam śmiechem, jak takie małe coś może uderzyć tak mocno, że odgniata mi sie brzuch?! Magia. Po prostu magia.

A dziś rano dostałam na pobudkę sex z wielkim O! oraz naleśniki, mimo, że K sam jadł jajeczniczkę. A w planach na dziś składanie łóżeczka. Jestem przepełniona szczęściem, znów sprawdza się prawda o równowadze w przyrodzie - było źle (pisałam o tym tu), jest dobrze. Niech zostanie dobrze. 



Nuta na dziś:


Opublikowano 12:34 by lipson

6 komentarzy

czwartek, 1 sierpnia 2013

Wiem, produkuje w sobie nowe życie, pięknego człowieka, którego będę kochała miłością nieskończoną i czystą, a on być może odwdzięczy się podcieraniem mi tyłka jak będę stara i niedołężna. Jestem w stanie błogosławionym, jest to cud zwłaszcza, że szanse na dziecko miałam mniejsze niż 20%. Cieszę się. Serio.

ALE

Śniło mi się, że brzuch miałam cały w rozstępowych wielkich bliznach, przypominających różowe wypatroszone ryby. I spowodowane jest to najprawdopodobniej tym, że FAKTYCZNIE rozstępy zaczęły się pojawiać, mimo, że codziennie mój kochany K wciera mi w brzuchola balsam Bielenda (taka nasza ciążowa tradycja). Zaczynam przypominać popękaną wielką starożytną wazę. Bielenda sucks.



Zaczynam chodzić jak kaczka. Lekko pochylam się, gdy spaceruję, bo środek ciężkości posunął się do przodu jak bzykający żółw. Ach, "spaceruję" to znaczy szuram płaskimi bucikami (na obcasie już nie wyrabiam) bardzo powoli (bo jak chodzę szybciej, kuje mnie w brzuchu), myśląc non stop o tym kiedy wrócę do pozycji siedzącej. Tak wygląda moje spacerowanie.

W głowie mam burdel większy niż w nowej ustawie o odpadach. Muszę powtarzać w głowie co robię, gdzie idę, po co idę, co będę robić dalej. "Wyciągam szufelkę, bo w pokoju pozamiatałam, szufelka, szufelka, zbieram to co zamiotłam, zaraz będę odkurzać pokój, a potem umyję podłogę, odkurzacz, odkurzacz, odkurzacz, a potem mycie podłogi, idę odkurzać do salonu" itd. itd. 

Wahania nastrojów rozwalają mój mózg. Logicznie nie miałam bowiem powodów, by wczorajszym popołudniem się popłakać. A jednak to zrobiłam. Może zawiniła ta cholerna mola w korytarzu. Dół powstrzymało dopiero zjedzenie jednej czwartej pudełka ptasiego mleczka. 

A, zapomniałam, ciągle chce mi się słodkiego. Zjem śniadanie, potrzebuję słodkiego, zjem obiad, potrzebuję słodkiego, właśnie się wysikałam- potrzebuję słodkiego, coś bym zjadła- jem słodkie, źle mi- jem słodkie. Robię się coraz większa i większa.

- Ach, źle mi.
- Czemu? - pyta szczerze zdziwiony K
- Wyglądam coraz gorzej, chodzę coraz gorzej, czuje się wielka, brzuch mi ciąży, mam za grube nogi, nawet spodnie ciążowe mi spadają.
- Bardzo ładne spodnie - komentuje K najspokojniej w świecie.

Nie wspomniałam jeszcze o zgagach- dzięki którym wypiłam ostatnio pół kartonu mleka na raz oraz o potwornej senności w dzień i bezsenności wieczorem. Rzucam się godzinę na łóżku, zanim zasnę. A dzidziol wtedy kopie w najlepsze, jakby ostrzegał: jak wyjdę na zewnątrz, to też nie dam ci pospać.



Więc tak- ciąża jest do dupy.
A słyszałam, że poród jest jeszcze gorszy.
A to, co po porodzie to prawdziwa gehenna.


Nic, tylko się radować :D

Opublikowano 18:24 by lipson

31 komentarzy