niedziela, 29 września 2013

Jestem w ciąży ponad pół roku. Ja pieprzę. Ponad pół roku, a dopiero co leżałam na stole zabiegowym po kauteryzacji jajników. Weszłam w ósmy miesiąc ciąży. Do końca dwa miesiące. Jak sobie to uzmysłowiłam, wieczorem w łóżku, tok myślowy był szybki. 

1) zostały dwa miesiące.
2) wszystko powinno być gotowe na miesiąc przed terminem, bo nigdy nie wiadomo.
3) więc został miesiąc na wszystkie sprawy remontowe i zakupowe.
4) miesiąc na wszystko.
Ożeszkurwa!


Włączył mi się tryb robienia list. Zaczęłam od wyprawki. Spisałam wszystkie rzeczy, które już mam, okazało się, że z ciuszków brakuje mi tylko kombinezonu na zimę dla Gabrysi. Natomiast "akcesoria" leżą i kwiczą,  jak dochodząca tłusta brudna świnia (ps- wiecie, że świński orgazm trwa 30 minut?). Zrobiłam listę, pozaznaczałam co mam, co ma moja Mama dla mnie i co obiecała nam Mama K (ambitnie- kocyk).


Jakby tego było mało, muszę skończyć robienie terrarium (aktualna faza- puste pudło), rozkręcić stare terrarium, przejrzeć mamusine ciuszki z pawlacza, przygotować torbę do szpitala, pomalować ścianę nad łóżeczkiem dziecka, uprać firany w całym domu, wyprać oraz wyprasować ciuszki Krewetki i miliard innych rzeczy. Matko Boska.

A ostatnio śniło mi się, że przystawiałam do piersi jaszczurki. Chyba nie tylko moja świadomość, ale również podświadomość martwi się o laktację...

(w tym momencie wiszę nad klawiaturą kilkanaście minut- tak funkcjonuje mój organizm bez kawy)
(dobra, idę po kawę, a potem robić listę rzeczy do zrobienia)
(będzie to kartka A4)
(albo dwie)
(trzymajcie kciuki)

Opublikowano 03:52 by lipson

20 komentarzy

czwartek, 26 września 2013

Przypadkowy bohater bloga zyciewpakiecie.blogspot.com, czyli ojciec mojego dziecka, ma w robocie tak zwany zaperdziel. Praca w sobotę, praca w niedzielę i - niestety - niemożność wzięcia wolnego w tygodniu. Niedobrze, bo nadeszły zajęcia w Szkole Rodzenia obejmujące spacer po szpitalu, w którym moja pochwa  już za 60 dni stanie się Jednokierunkowym Magicznym Portalem. Chciałam mieć wsparcie. Idę sama.

Przychodzę więc do pani Wiolety, podpisuję listę obecności i słucham instrukcji ("spacerkiem do szpitala, kupić w aptece ochronki na buty oraz fartuszek i czekać"). Zanim ruszam w drogę, wywalam pani Wiolecie na biurko lewego cycka. Wizyta u Gina dopiero za parę tygodni a mi na sucie coś jakby pryszczyk biały się pojawił. Pokazywałam jakiś czas temu Mamie, ale ona - co było do przewidzenia - stwierdziła, że jak coś wygląda jak pryszcz, to jest pryszczem, więc trzeba nakłuć i wydusić.
A ja sobie suta kłuć nie będę.
- Mhm, wygląda jak przerost gruczołu mlecznego - mówi pani Wioleta - proszę pokazać drugą pierś... Mhm. A boli? Nie? To nie panikować, obserwować, póki nie boli i nic się nie sączy to nie problem.
Przerost gruczołu mlecznego, a Matka kazała nakłuwać. Brrr...
Od razu dzwonię do Matki, żeby powiedzieć, że nie miała racji (rzadko kiedy nie ma racji, więc jak się nadarza okazja to trzeba to wykorzystać) człapiąc do Szpitala. W Szpitalu czeka już kółko różańcowe Ciężarówek. Po kilkunastu minutach dołącza przewodniczka Wioleta i startujemy.

Izba Przyjęć Ginekologicznych
Mądrze to pomyśleli. Jesteś spanikowana, bo skurcze uderzają jak młody, bo wody lecą po kolanach, nie wiesz co się dzieje, boisz się, nakręcasz....a tutaj- masz do przejścia jeszcze pińcet metrów korytarzy i schody w dół aż dojdziesz do Izby Przyjęć Porodowych, gdzie jest miliard rzeczy do załatwienia. Zbierają wywiad, ubierają w koszulkę, ewentualnie serwują wlewkę do dolnego odcinka jelita grubego (nie mylić z lewatywą) i albo na wózku albo windą serwują ciężarną na blok operacyjny.

Blok Operacyjny
Niby porodu się nie boję, ale jak przechodziliśmy przez drzwi z napisem "blok operacyjny", to cały komfort psychiczny ścisnął mi się w yyy dolnym odcinku jelita grubego. Pierwsze pięć sekund przeszłam na wdechu, czekając na krzyki rodzących, strumienie krwi i sinawej mazi oraz piski noworodków. A tu cisza. Jedna rodząca z nietęga miną szybciutko schowała się  do swojej sali, bez płaczów i jęków. Pełna kulturka.
Wioleta pokazuje nam standardową salę do rodzenia- zielone łózko skierowane stopami do ściany (a nie do drzwi, bardzo sprytnie), dużo szafeczek wokoło z różnym sprzętem, a w drugiej części pokoju kącik dla świeżo wyklutego Członka Społeczeństwa. Przestronnie, niezbyt przerażająco, a dzięki pani Wiolecie, która mówi "siniaczki", "maleństwo", "brzuszek", "żylaczki" - nawet zachęcająco.

Oddział położniczy
Po dwóch godzinach od porodu, świeża mama trafia do jedno lub dwuosobowego pokoju, z łazienką dzieloną między dwoma salami, gdzie przywożą jej Dzieciola. Dzieciole żyją w szpitalu w takich plastikowych prostokątnych pojemniczkach, są kąpane w prostokątnym zlewie raz dziennie, aż się dziwię, po co w domu tyle wygód dla Niemowlaka? Jedna miska, jeden zlew i po kłopocie.



Wycieczka udana, zahaczamy oczywiście na bloku operacyjnym o salę z wanną do porodów. Widać konsternację na twarzach Ciężarówek. Pytamy Wioletę, czy rodzenie w wannie jest lepsze od normalnego. Ale ona jakoś nie przedstawia jasnej opinii, tylko mówi, że w tym szpitalu tylko kilkanaście porodów w wodzie się odbyło. Wanna zazwyczaj służy w pierwszym etapie porodu, dla relaksu. Zmieszane wychodzimy, żadna z nas nie zna nikogo kto rodził w wannie, więc cholera wie co o tym myśleć...
A wy co myślicie?

Opublikowano 10:59 by lipson

16 komentarzy

wtorek, 24 września 2013

U MAMY:

- brzuch ciągnie do przodu
- rozstępy się mnożą, czasem zdarzają się skurcze łydek
- pojawia się ból brzucha i krocza przy wstawaniu, przewracaniu się na bok, siedzeniu, sikaniu, myśleniu...

U KREWETKI:

- płód potrafi mrugać powiekami i zamyka je, gdy ktoś poświeci jaskrawym światłem bezpośrednio na brzuch
- w mózgu sporo się dzieje: trwa wysyłanie i odbieranie sygnałów przez system nerwowy
- rytm snu i czuwania nadal jest niemal dokładnym przeciwieństwem mamusinego
- waga: około 1,5 kg



Od kiedy stuknęło mi trzydzieści tygodni, a Krewetka ułożyła się głową w dół, ciąża przeskoczyła z opcji "wyczuwalna" do "wyczuwalnie bolesna". Gdy chodzę (czyt. człapię), czuję jakby w dołku krocznym obijała mi się czyjaś pięść. Najgorzej jest przy przekręcaniu się w nocy na drugi bok- broń boże przy niepustym pęcherzu- jakby miniaturowa kula do kręgli uderzała w pachwinę od środka. 
Nie mówiąc o tym, że same kopniaczki mojego stworzonego z miłości i jęków potomka zaczynają być bolesne. Skąd taka mała istota wie, jak tak mocno przypieprzyć?



Jesteśmy po wizycie u kuzynki K - kolejnej z małym berbeciem, tym razem 7 miesięcznym. Zaskakująco,  obyło się bez dobrych rad i tekstów w stylu "na pewno..." oraz "musisz...". Wręcz przeciwnie, tatuś malca powiedział:
- Nie nastawiajcie się negatywnie do zmieniania pieluszek i innych. To wszystko jest do ogarnięcia. Oczywiście, dziecko to duże obciążenie, zwłaszcza dla kobiety, ale poradzicie sobie. Sami do wszystkiego dojdziecie, dużo będzie się działo instynktownie. Na pewno krzywdy dziecku nie zrobicie. Startujcie od tańszych rozwiązań, gdy się nie sprawdzą kupujcie droższe. 
I to mi się podoba. Bez narzucania się, bez uwag typu "mam jedno dziecko, ale wiem najlepiej na świecie jak ogarnia się potomstwo". 
W ogóle znaleźliśmy się u wspomnianej kuzynki, gdyż zaproponowali że dadzą nam za damo bujaczek dla Dzidzi. Słyszałam dużo opinii na temat bujaczków, mamy chwalą sobie, że w momentach gdy dziecko nie śpi, a mama musi coś zrobić (siku/ prysznic), jest to idealne rozwiązanie- wpinasz dziecko, włączasz bujanie i masz dwie minuty dla siebie. Zobaczymy, tak czy inaczej, prezent przyjęliśmy.
- Aaa - przypomina sobie nagle kuzynka - byłam ostatnio w sklepie, akurat wyprzedaże były. Jak widzę ciuszki dla dziewczynek, to nie mogę się powstrzymać. Więc o. Proszę - i wręcza mi trzy ciuszki.
Rozczuliłam się. Te konkretne kuzynostwo K widziałam drugi raz w życiu, a kuzynka specjalnie dla naszej nienarodzonej pociechy zakupiła parę ubranek. Polubiłam ją jeszcze bardziej. Oddanie sprzętu, którego już nie używają- to jedno. Ale myślenie o naszym płodzie podczas zakupów i wydanie na obcego płoda kilkunastu czy kilkudziesięciu złotych- to całkiem co innego.

Moja Mama też się zmieniła w ciągu ostatnich dni - z opcji "nic nie kupuj, nie zapeszaj, nic nie kupuj!" na opcję "nic nie kupuj, bo ja ci już od cholery rzeczy kupiłam, tylko chowam w garażu"  :) I nawet pokazała mi parę ciuszków z serii "SuperBaby".



Wiem, że mój K ma już mały fanklub blogujących Mam, 
więc nowy nius z jego przygotowań do bycia Ojcem

Późny wieczór, leżymy w łóżku, realizujemy codzienną tradycję- K wciera mi w brzuchola oliwkę i rozmawia do Płoda (czasem czyta artykuły o piwie). Nagle widzę ten specyficzny błysk w jego oku. Zazwyczaj oznacza on chęć na piwo, chęć na sex lub jakiś dziwny pomysł. Na piwo i sex za późno więc podejrzliwie pytam:
- O czym myślisz?
- Aaa... o niczym.
- Nie ściemniaj, widzę, że masz jakiś głupi pomysł.
- No mam - odpowiada szeroko szczerząc zęby.
Oho! Jakie głupie pomysły mogą się czaić pod męską kopułą wie każda kobieta, więc mrużąc oczy pytam:
- Coś w stylu, że chcesz nasikać do mojego pępka?
- No mniej więcej.
- Mów.
- Ale się nie śmiej.
- Nie będę.
- Chciałbym sam wejść do tego bujaczka, włączyć go i się pobujać machając nóżkami.

:D

Opublikowano 08:38 by lipson

20 komentarzy

piątek, 20 września 2013

Dzięki niebiosom za blogi ciężarówek! Czas na comiesięczną wizytę u Pochwooglądacza, a ja zapomniałam zrobić badania krwi. Dobrze, że gdzieś na blogu Czerwonowłosa pochwaliła się swoim pobraniem krwi. Wstaję więc skoro świt (w sensie przed 9:00) i ładnie siusiam do kubeczka. Obsikuję tylko trzy palce, co biorąc pod uwagę dotychczasowe wyniki jest sukcesem porównywalnym z wygraniem mistrzostw przez naszych. Oczywiście, równowaga w przyrodzie być musi- przed drzwiami pobieralni z mieszanką stoickiego spokoju i totalnej akceptacji losu stwierdzam, że kubeczek z moczem przecieka. 

A tam. Będę matką. Wyciekający mocz mnie nie rusza

Dzień mija intensywnie, ledwo wyrabiamy na wizytę u Gina. Po drodze zgarniamy wyniki krwi i moczu (wszystko w normie), w kolejce pół godziny, bo lekarz ma lekki poślizg. W końcu wchodzimy.
- Dzień dobry.
- Dzień dobry - wita nas Gin - O! Pani, która chciała syna.
- Ta, niech mi pan doktor dalej przypomina... - mruczę.

Ciśnienie w normie, waga +2 kg w ciągu miesiąca, wyniki krwi - jak się spodziewałam - lekarz pochwala. Idziemy na badania- położna mierzy mi brzuch krzycząc wyniki do lekarza, sprawdza bicie serca dziecka, przychodzi Gin, wkłada kamerę w Tunel Wejściowo Wyjściowy i kukając na monitor mówi:
- Szyjka zamknięta, 40 milimetrów, wszystko w normie, o, i widać główkę. Mamy ułożenie główkowe.


- A teraz, jak już ojciec dziecka przyczłapał - mówi Gin - to idziemy na USG trochę dziecko pooglądać.
No więc człapiemy.
Dostaję chlust gluta na brzuch, K potrząsa moją obutą w adidasa stopą na znak, żeby pokazać jak się cieszy. Spoglądamy na monitor i nagle mnie olśniewa.

Do tej pory największy nacisk na USG kładłam na krocze mojego Nienarodzonego, a przecież....

- Czy możemy zobaczyć twarz dzidzi? - pytam lekko zaskoczona, że nie wpadłam na to wcześniej.
- Zaraz zobaczymy - odpowiada Gin - dziecko jest ułożone główką w dół, kręgosłup mamy o tutaj - pokazuje prawą część mojego brzucha - więc żeby zobaczyć buzię.... musimy spojrzeć stąd...

O cholera! Jest! 
Moje dziecko ma twarz! 
I to taką normalną, ludzką, wiecie- dwoje oczu, nos. Jasna cholera. 
Człowiek.

K też pod wrażeniem, mówi, że totalnie widać jego rysy. Gin dopowiada, że nadal mamy dziewczynkę, nic nie dorosło. I dodatkowy nius- dziecko jest tak duże, jakby miało 32 a nie 30 tygodni. Waży 1520gram, norma to ok 1200gram.
- Ale po takich rodzicach - Gin spogląda na nas- raczej małego dziecka się nie spodziewajmy.

Świetnie. Moja wagina bardzo się cieszy.


Opublikowano 11:46 by lipson

25 komentarzy

środa, 18 września 2013

Dzisiejsze spotkanie, jak pani Wioleta uprzedzała tydzień temu, mogło zmienić podejście naszych mężczyzn do kwestii towarzyszenia nam przy porodzie. Aktualnie K ma podejście takie: "nie wiem, co mam robić, ale będę towarzyszył; nie przecinam pępowiny". Dlatego na zajęcia idę lekko martwiąc się, że może mu się odmienić na gorsze.

Zaczynamy od gimnastyki, najpierw  ćwiczenia rozciągające, potem ćwiczenia właściwe- na czworakach, po wszystkim pozycja leżąca na lewym boku i komplet z ostatnich zajęć: oddechy brzuchem, zwieracze i ćwiczenia Kegla. Całość trwa pół godziny i staram się nie parsknąć śmiechem, gdy wszystkie w tym samym momencie robimy głośne wydechy (jak jakaś przerażająca sekta ciężarnych) oraz gdy Wioleta przy jednej z pozycji mówi, że mamy poruszać kręgosłupem jak kociaki. Przecież my wyglądamy co najmniej jak grupa misiów panda z syndromem zaburzonego trawienia. 

Przez całe ćwiczenia zerkam na zegar, niepewna czy K zdąży i - co ważniejsze - czy trafi w odpowiednie miejsce. Po ćwiczeniach drzwi się otwierają i widzę ojca mojego dziecka, więc się uspokajam. Zaczynają się zajęcia. Wioleta pyta nas i naszych panów, jak wyobrażamy sobie poród i jak to będzie przebiegać. Zgodnie z oczekiwaniem mężczyźni za dużo nie wiedzą, jednak z zaskoczeniem stwierdzam, że dziewczyny o wiele większej wiedzy niż ich partnerzy nie posiadają - wszystkie mówią, że będzie bolało, że mają za zadanie urodzić dziecko, ale jak to wygląda- nie mają pojęcia

Dżizas.

Dobra, poniżej wklejam najważniejsze rzeczy z dzisiejszych zajęć:
- ciąża donoszona jest między 38 a 42 tygodniem, w tym przedziale należy być przygotowanym do ewentualnego porodu, w praktyce oznacza to spakowaną torbę do szpitala i wygolone co nieco między nogami (Wioleta doradziła pomoc ojca dziecka przy goleniu... jednak połączenie "mój mężczyzna+ MACH3+ moje wargi sromowe"... jakoś mnie nie zachęca)
- symptomy przepowiadające, które mogą pojawiać się w ciągu 2 tygodni przed porodem to: skurcze (mniej lub bardziej regularne, niebolesne, trwające nie dłużej niż 2 godziny,  z częstotliwością nie częstszą niż raz na 10 minut), wypadnięcie czopu śluzowego (coś w stylu korka do butelki, ale w wersji bardziej obleśnej i galaretowatej)  oraz "opadnięcie" brzucha
- symptomy "do porodu", czyli oznaczające, że WŁAŚNIE SIĘ ZACZYNA to: skurcze, którym towarzyszy ból, o częstotliwości większej niż 10 minut oraz odejście wód płodowych
- gdy zauważymy skurcze, którym towarzyszy ból, o częstotliwości większej niż 10 minut należy: patrzeć na zegarek i obserwować skurcze, na szpital ruszamy w momencie gdy częstotliwość skurczów zwiększy się do 7 minut
- gdy odejdą wody płodowe należy zatrzymać się w pozycji, w której nas to zaskoczyło by wody do końca wyleciały a następnie wziąć szybki prysznic, założyć majtki z podpaską i ruszyć na szpital (wyjątkiem jest odejście zielonych wód płodowych- wtedy olewamy prysznic i lecimy od razu do szpitala); nie zawsze wody odchodzą "na raz", czasem mogą się sączyć, więc ważne by obserwować co z nas wylatuje ;)
- do szpitala należy: zdjąć całą biżuterię, związać włosy (najlepiej w warkocz), mieć niepomalowane paznokcie, najlepiej ogolone co-nieco; posiadać komplet dokumentacji ciążowej
- poród dzieli się na 3 fazy: faza pierwsza to walka o rozwarcie pełne (czyli 10cm.), należy w niej przestrzegać rad położnych co do aktywności- będzie ona uzależniona od pozycji dziecka; zadaniem partnera jest wspieranie rodzącej w chodzeniu, skakaniu na piłce, czy innych czynnościach, które będzie wykonywać; faza druga to rozwarcie 10cm. i pojawienie się skurczy partych- czujemy wtedy parcie na stolec, jednak zaczynamy przeć dopiero za zgodą położnej (która sprawdzi czy położenie dziecka jest ok), partner staje wtedy przy głowie rodzącej i wspiera (Wioleta ostrzegła przed możliwymi siniakami po ucisku rodzącej), położne cały czas informują rodzącą co ma robić, kiedy oddychać i na jakim etapie jest poród, po wszystkim dzidzia trafia mamusi na klatkę piersiową, partner jest pytany czy chce przeciąć pępowinę, następnie podąża za dzieckiem i w końcu wychodzi, ponieważ następuje faza 3 porodu czyli rodzenie łożyska, ewentualne szycie i oględziny poporodowe
- pierwsza faza porodu może trwać do 18 godzin, co do drugiej fazy - jest szansa urodzenia "na jednym skurczu" partym, jednak taki przywilej mają zazwyczaj kobiety, które rodzą po raz siódmy; my- pierworódki- możemy liczyć na 3-5 skurczów partych; podczas jednego długiego skurczu mamy prą około trzy razy


Nie chcę wyjść na głupią, ale przyznam- nie boję się porodu. Być może spanikuję, gdy odejdą mi wody, albo gdy zaczną się skurcze parte, ale w tym momencie- nie boję się, nie nastawiam się negatywnie. Mam zadanie, jasno przedstawiony zarys realizacji, wiem na co się piszę i dam radę.

Amen.

Opublikowano 13:08 by lipson

32 komentarzy

wtorek, 17 września 2013

U MAMY:

- biust nadal rośnie (podczas prysznica ze zdziwieniem zawsze oglądam sutki, które coraz ciekawiej wyglądają- jakby ktoś zrobił na nich różową mini mozaikę, pokreśloną białymi niteczkami)
- brzuch dalej rośnie, hormony dalej szaleją, ciąża w najlepsze trwa

U KREWETKI:

- zaczyna się przyspieszone obrastanie w tłuszczyk
- skóra nadal trochę pomarszczona
- meszek płodowy zaczyna wypadać
- oczy całkowicie otwarte, ale dzidziol za dużo nie ma do oglądania w brzuchu
- waga: około 1,3 kg


Poziom energii nadal mam niski jak przysłowiowy ostatni mleczyk w tym sezonie. A rzeczy do zrobienia w mieszkaniu jeszcze trochę, w tym zbudowanie terrarium dla jaszczurki i boasa. Jak to zrobić?

Dziś wstaję standardowo po 9:00 i standardowo nie robię nic do południa. Przez zmianę kuchenki i remonty w kuchni, nie gotowałam dla K od wieków, dlatego chcę zrobić mu obiad, jakiś szczególny, więc sięgam po książkę z przepisami, którą K dostał w sobotę na urodziny: "zupa- krem z pieczonych ziemniaków". Idę po zakupy, górna część kręgosłupa w tyle, brzuchol - do przodu. Nie dostaję selera naciowego, nie mam folii do pieczenia, do Kauflandu za daleko (auta brak). Więc K zamiast otrzymać parujący obiadek na stole, wpada w połowie procesu gotującego z selerem i folią. Żeby nie wyjść na kiepską gospodynię, jak tylko otwiera drzwi przytulam się do niego mocno i tuląc się płaczliwie mówię:
- Misiu, ja myślę, że bez ciebie to ja sobie w życiu nie poradzę.
- No ja bez ciebie też - odpowiada chyba bezmyślnie.
- Ja mówię poważnie, dziesięć minut kombinowałam dlaczego nie mogę włączyć światełka w twoim nowym piekarniku. Nic nie ogarniam.
- Oj - rozczula się - zaraz wszystko ogarniemy. Spokojnie.
Misja wykonana, K uważa, że jestem najlepszą kobietą na świecie, bo mimo ciąży staram się dla mojego mężczyzny :)



W tym miejscu pragnę dodać element z cyklu 
"męskie podejście do przyjścia na świat potomka":


Wczoraj wieczorem na blogu Olki Fasolki czytałam o wyprawce. Kliknęłam stronę sprzedawcy, którego poleciła i znalazłam słynne siatkowane majtasy poporodowe, o których usłyszałam na ostatniej imprezie. Powiększyłam zdjęcie majtasów, patrząc na nie jak na świeżą soczystą kupę na białym perskim dywanie.


Na to wszystko wszedł K, spytał co się dzieje. I w trakcie, gdy mu wyjaśniałam, że trzeba wkłady wymieniać, że po porodzie różne rzeczy z organizmu kobiety wylatują, przerwał mi i spytał z niedowierzaniem:
- Zaraz, ty będziesz to nosić?
- No...
I wtedy wybuchł śmiechem. Najdłuższym i najbardziej szczerym śmiechem w dziejach naszej znajomości, przysięgam. Śmiałam się razem z nim, waląc parę razy pięścią w ramie i mówiąc "to wcale nie jest śmieszne" oraz "poczekaj, bo tobie też takie kupię". Majtasy tak go rozśmieszyły, że ledwo co dał radę umyć zęby. Nawet nie wiedziałam, że pasta do zębów dzięki tłumionym wybuchom śmiechu może tak się spienić.

Opublikowano 10:32 by lipson

18 komentarzy

poniedziałek, 16 września 2013

Jestem umierająca ze zmęczenia. Urodziny K - cały tydzień sprzątania, w piątek przyjazd gościa spoza miasta, w sobotę impreza na kilkanaście osób, a w niedzielę Rodzice i Teście na kolacji. Matko boska, nie dość, że jestem już stara, to jeszcze w ciąży. Nadal dochodzę do siebie. 
Po czaszce od wewnątrz chodzą mi krasnoludki w metalowych szpilkach, do kręgosłupa ktoś doczepił mi ciężarek, a cały tyłek mam w dziurach, przez które wycieka mi energia. Mam jej tak mało, że głównie dziś siedzę.

To była największa biba od kiedy zaszłam w ciążę. 
Wcześniej dużo imprezowaliśmy, ale od kiedy nie mogę pić... same rozumiecie. 

Przyszli więc ci wszyscy ludzie w sobotę, ucieszeni, z prezentami, wódkami... siedliśmy przy stole, zaczęły się rozmowy. I wtedy w ciągu pół godziny okazało się, że nie tylko jestem w ciąży.

Panie i... y... niemowlęta... okazało się, że JA JESTEM CIĄŻĄ.


Nikt mnie nie pytał o nowy kolor włosów i fryzurę. Nikt nie chciał zobaczyć moich zwierzaków. Nikt nie zagadywał o nowe spodnie czy ostatnie newsy u Rodziców. Nikt nie pytał o wakacje nad polskim morzem. Wszystkich interesowało jedno.

Ciąża.

Jak się czujesz? Kopie? Mogę dotknąć? Jak się czujesz? Na kiedy masz termin? Rodzisz w miejskim szpitalu? Czemu? Kto cię prowadzi? Chcesz karmić piersią? Jak się czujesz? Twoja mama miała pokarm? Macie już wyprawkę? Łóżeczko już skręcone? Jakich pieluszek masz zamiar używać? Jak się czujesz? Zauważyłaś w ciąży zmiany stolca?

Poza tym moja ciąża otworzyła innych rodziców- w sensie fakt, że jestem w ciąży oznacza, że chcę być zasypana historiami o kupach, mleku, nieprzespanych nocach, szwach, podkładach i siatkowanych majtasach poporodowych (o których tak na marginesie wcześniej nie słyszałam). Oczywiście jako przepełniona hormonami, popękana rozstępami Ciężarówa musiałam zostać zirytowana choć raz:
- A twój mężczyzna przygotowywał się jakoś na przyjście dziecka? - pytam jednej z mam - Bo K to dopiero ostatnio się dowiedział, co to jest ulewanie. Ja też jestem zielona ale jakoś staram się przygotować, czytam na necie i w ogóle...
- CZYTASZ? No coś ty, nie czytaj nic, to bez sensu!
- Jak to bez sensu - zaperzam się - a skąd będę wiedzieć, co robić?
- Instynktownie wszystko ci wyjdzie, dziecko ci podpowie.
- Dziecko mi podpowie, jaki materacyk do łóżeczka kupić? Albo czy lepszy jest silikon czy kauczuk? Albo czym smarować tyłek dziecka jak ma odparzenia?
- No, co do materacyka, to nam powiedziała babka w sklepie - odpowiada lekko zgaszona mama.
- No widzisz, nie wszystko jest instynktowne, a ja lubię być przygotowana. 
Jak można się nie przygotowywać do roli matki? Nic nie czytać, po prostu być w ciąży i czekać na magiczny instynkt, który mi powie co to jest "rampers", "gryka" i "NUKi". 

A jaka jest zaleta bycia ciężarną na imprezie? Pamiętasz wszystko. W tym perełkę K, który przysłuchując się dwóm mamom mówiącym o tym, że ich dzieci nie chorowały i nie wiedzą co to są kolki, powiedział ze zmrużonymi wódką oczami:
- Ja... ja to będę wywoływał kolki.
- Co? - mówi jeden z tatów.
- No... będę wywoływał.
Wszystkich zatkało, patrzą na K z otwartymi ustami.
- Kochanie- mówię półgłosem - kolki nie są dobre.
- Aaa - K kiwa głową w przód i w tył - no to nie będę.

Za 70 dni będziemy mieć dziecko. Panie, miej nas w swojej opiece :)

Opublikowano 13:42 by lipson

25 komentarzy

czwartek, 12 września 2013

W ostatnim wpisie opowiadałam o zajęciach w Szkole Rodzenia dotyczących ciąży. Bardzo wiele informacji i umiejętności dały mi te dwie godziny, jednak dziś okazuje się, że w mojej ciążowej roztrzepanej główce pojawiło się też parę wątpliwości.

Po pierwsze- liczyłam ruchy (momenty aktywności) mojego płoda od 9:00 do 14:00. Według Wiolety ze Szkoły Rodzenia powinno być ich 10. Dwa kopniaki, jeden po drugim liczy się jako jeden moment, ale jeśli między jednym i drugim kopniakiem jest 5 minut to jest to jeden ruch czy dwa? Cholera wie. 
Doliczyłam się 7 ruchów, ale szczerze- niezbyt skupiona na nich byłam. Oczywiście do momentu, gdy wybiła czternasta a ja miałam na karteczce siedem kresek. I się teraz zastanawiam- czy to znaczy, że źle liczyłam, czy byłam rozkojarzona, może po prostu moje dziecko to Nocny Marek (po mamusi)... a może coś jest nie tak jak być powinno. Nie należę do osób stresujących się bez powodu. Wychodzę z założenia, że stres w ciąży odbija się na dziecku po porodzie. A ja chcę, żeby Gabromir był spokojny, spał cały czas, bez problemu ssał cyca, od pierwszego miesiąca uwielbiał przebieranie się i kąpanie oraz zaskakująco szybko nauczył się nocnikowania, w przyszłości zostając inżynierem. Zapisuję sobie więc wątpliwości ruchowe w dzienniczku, żeby się Wiolety na Szkole Rodzenia dopytać na spokojnie. 
Czy wy liczyłyście ruchy?

Druga sprawa to szkolne suvenirki- dostałyśmy parę broszurek, do tego próbkę proszku do prania dziecięcych ciuszków JELP oraz smoczuś na start: Canpol babies "A" silikonowy, symetryczny. 
A ja w mojej wyprawce mam już smoczek- od psiapsióły otrzymany- ta sama firma, ta sama wielkość, ale kauczukowy. Uuu i co teraz? Czym się różnią? Który lepszy? Oto misja na jaką czekałam tak długo! Jako Super Ciężarna postanowiłam zgłębić temat <tutaj włącza się melodia z Supermena> Tamtadadam!
WNIOSKI z misji smoczkowej:
- potrzeba ssania pojawia się natychmiast, gdy dziecko czuje się samotne lub gdy jest zdenerwowane, w okresie od 1 do 3 miesiąca jest ona zaspokajana przez karmienie piersią lub butelką, ale kiedy odstępy między karmieniami stają się dłuższe, niemowlak zaczyna potrzebować jakiegoś „zastępstwa”.
- nie powinno się podawać dziecku smoczka podczas pierwszych 5-6 tygodni życia. Jest to okres, kiedy opanowuje ono sztukę ssania piersi, która angażuje do pracy aż 40 mięśni twarzy. Ssanie smoczka jest dużo prostsze i może prowadzić do zaniku umiejętności ssania piersi.
- nadmierne ssanie smoczka ma wiele wad (powinno się ograniczać w miarę możliwości), jednak jest bezpieczniejsze niż ssanie kciuka i jest dobrą alternatywą dla tych dzieci, które zbyt często domagają się piersi (dzięki temu nie musisz się martwić, że je przekarmisz).
- smoczki wykonuje się z dwóch materiałów- kauczuku i lateksu. Kauczuk jest mniej trwały i przez to należy go zmieniać co 2-3 tygodnie. Silikon natomiast jest trwalszy, a dzięki temu, że nie ma smaku, łatwiej jest odzwyczaić dziecko od jego ssania. Materiał ten jest też odporny na wysoką temperaturę, silikonowy smoczek można bez problemu wygotować przed podaniem.
- mamy trzy rodzaje kształtów: okrągły, symetryczny i anatomiczny. Symetryczny najbardziej przypomina kształtem sutek, co jest dużą zaletą. Do tego smoczki symetryczne i anatomiczne nie trzymają się w buzi niemowlaka tak dobrze, jak okrągłe. Dzięki wyborowi jednego z tych kształtów smoczka łatwiej jest później odzwyczaić dziecko od jego ssania.
- ważne by smoczek by dopasowany do buzi dziecka, posiadał otworki wentylacyjne i wycięcie na nosek

Podsumowując: startujemy z silikonowym symetrycznym, jednak smoczek podajemy po 5 tygodniu życia, jak najrzadziej. Amen. Misja wykonana. Super Ciężarna uda się teraz na zasłużony spoczynek.

Opublikowano 11:19 by lipson

26 komentarzy

środa, 11 września 2013

Dziś w końcu pierwsze prawdziwe zajęcia w Szkole Rodzenia. Pani Wioleta ze szkoły przy Gorzowskim Szpitalu, według informacji młodych gorzowskich mam jest konkretna, kompetentna i miła. Po dzisiejszych zajęciach- potwierdzam.

Na pierwszych zajęciach przerabiamy temat ciąży. Niby w ciąży się jest, więc człowiek myśli, że niczym go nie zaskoczą.

 A jednak. 
Na dzień dobry Wioleta pyta wszystkie uczestniczki o imię, powód ich przyjścia do szkoły rodzenia oraz jak wygląda ich standardowy dzień. 
I tu już się zaczynają schody.
Mamy opowiadają, jak to wstają rano, aktywnie spędzają dzień, pomagają znajomym, chodzą na spacery, gotują obiady, chodzą do pracy, kompletują wyprawki,  itd itd itd... Dochodzi do mnie, no to ja mówię zgodnie z prawdą:
- Rano się budzę, robię siku i czuję, że jestem zmęczona. Potem robię się bardziej zmęczona aż do trzynastej kiedy piję słabą kawę i robię się mniej zmęczona. Mój mężczyzna wraca z pracy o piętnastej, więc przed piętnastą ogarniam się, ubieram, ogarniam mieszkanie. Popołudnia są bardziej aktywne (stwierdziłam, ze nie będę dodawać, że ta moja aktywność to zazwyczaj tylko sprzątanie po obiedzie, zmiany pozycji przy komputerze, spacery do biedronki lub seks), wieczorami jestem bardziej zmęczona aż idę do łóżka spać i już jestem mniej zmęczona bo śpię
Po moim wystąpieniu następne dziewczyny też przyznają, że głównie odpoczywają, że są zmęczone i po prostu ta aktywność nie jest tak intensywna.
Wioleta sumuje: bardzo dobrze, wszystko zgodnie ze swoim organizmem!

Potem uczymy się poprawnego oddychania (wdech nosem przy "wypięciu" brzuszka w górę, wydech ustami głośno), a także ćwiczymy krocze - zwieracze (zaciskamy pupę na 6 sekund, "wciągając" odbyt i puszczamy, powtarzamy 10 razy) oraz mięśnie Kegla (zaciskamy pochwę na 6 sekund, "podciągając" podbrzusze i puszczamy, powtarzamy 10 razy). Mamy ćwiczyć ten cały komplet co drugi dzień, trzy razy dziennie. Czuję się dumna ze swoich zwieraczy, daję radę pozaciskać tyle razy ile trzeba. Myślę nawet, czy genialnych zwieraczy nie wpisać w rubryce "dodatkowe umiejętności" w CV.


Ważne notatki z dzisiejszych zajęć, rzeczy istotne i takie, o których nie wiedziałam:
- na tym etapie (29TC) kobieta wyraźnie powinna czuć ruchy dziecka, aby sprawdzić czy wszystko z ruchami jest OK, powinnyśmy policzyć ruchy (momenty aktywności dziecka) w godzinach 9:00-14:00, takich ruchów powinno być około 10
- w jadłospisie mamy ciężarnej muszą być między innymi ryby (2-3 razy w tygodniu), mięso (najlepiej drób- 2 razy w tygodniu), kasza (2 razy w tygodniu), bardzo dużo warzyw oraz owoce, najlepszy system to 5 posiłków dziennie- umiarkowanych o ustalonych godzinach
- pojawiające się twardnienie brzuszka to nic innego jak ćwiczenia macicy przed porodem- w ciągu 24 godzin macica kurczy się kilka- kilkanaście razy, póki nie wiąże się to z bólem a skurcze są rzadziej niż 5 razy na godzinę, nie ma się co nimi przejmować
- ciężarówki powinny codziennie leżeć około godziny w czasie dnia, najlepiej drzemiąc, jednak jeśli nie jest drzemka potrzebna, należy sobie poczytać lub pooglądać telewizję, ważne by był to czas relaksu
- nie należy masować brzucha, można dotykać, przytulać, całować, balsamować, ale "masowanie" samo w sobie niepotrzebnie pobudza macicę do skurczów
- podczas ciąży należy bywać regularnie u ginekologa prowadzącego ciąże oraz u lekarzy, u których wizytę ginekolog poleci oraz (uwaga!) chociaż raz odbębnić wizytę u dentysty
- zaleca się codzienne spacerowanie, spokojne, niezbyt długie, po którym ciężarna nie będzie wypompowana ani wycieńczona, a pełna energii

Więc zanim pójdę dziś spać, mam w obowiązku pooddychać brzuchem i pozaciskać zwieracze, a z rańca policzyć momenty aktywności Człowieka Wewnętrznego. Jaka szkoła, takie zadanie domowe :)

Opublikowano 10:47 by lipson

12 komentarzy

wtorek, 10 września 2013

U MAMY:

- naprawdę trudno znaleźć wygodną pozycję do spania, poradniki odradzają spanie na plecach lub prawym boku (ta, bo jak zmieniam pozycje trylion razy bo nie mogę zasnąć, to zapamiętam tę w której faktycznie zasypiam)
- zmęczenie nie ustępuje, inne ciekawe dolegliwości ciążowe również, w tym pocenie się jak grubas w saunie

U KREWETKI:

- dzidziol nabiera krąglejszych kształtów, waga około 1,15kg
- ustala się rytm oddychania, jest bardziej regularny


Zaczynam jęczeć przy zmianie pozycji w łóżku. I  - o zgrozo - nie chodzi bynajmniej o pozycję seksualną. A jak chcę wstać z wyra, muszę się podpierać rękoma a czasem nawet rozbujać się i wybić z wersalki jak wielki ciężarny Małysz. Gabrych regularnie kopie, wierci się i wybrzusza mój baniak, co mnie uspokaja (bo znak, że dzidzia żyje i jest silna) ale nadal jak na to patrzę- to czuję lekkie przerażenie. Jezusie, to coś jest WE MNIE, w środku! 


Weekend z siostrą K przebiegł męcząco, ale zadowalająco. W niedzielę na herbatkę wpadła również kuzynka K z mężem i ich półroczną córką, zasypała mnie górą ciuszków dla mego berbecia i mega uroczymi opowiastkami z porodu oraz tego co po porodzie:
- Wiesz, jak ja byłam w ciąży to tylko dwie osoby były szczere. I ja też zamierzam być szczera. Poród boli jak cholera! Lewatywa, te głupie sukienki, przebijanie pęcherza, pielęgniarka krzycząca "o boże, ona już rodzi!". I te skurcze! Ja to już miałam dość wszystkiego, ogromny ból, mama była przy mnie bo szczerze to  po co facet przy czymś takim- ma się gapić jak się męczę i jak to wszystko wyłazi mi przez krocze? Jak urodziła się mała i położyli mi ją na klatce to powiedziałam im "dobra, dobra, możecie zabierać, ja muszę odpocząć". Żadnego drugiego dziecka! Nie będę przez to drugi raz przechodzić.

Byłam zniesmaczona.

Po pierwsze- wiem, że będzie bolało jak cholera, że będzie trwało długo, że niektóre rodzące czują jakby umierały, że być może stracę siły, ale- do cholery! - to nie oznacza, że mam się nastawiać na to jak na masakrę nie do przeżycia, że mam się bać i z przerażeniem odliczać dni do tego Najgorszego Dnia Ever. 
Po drugie- chcę, żeby K był przy mnie, żeby oddychał razem ze mną, żeby trzymał mnie za rękę, mówił, że jestem dzielna i że jest ze mnie dumny i że jeszcze chwila i będzie po wszystkim. Chcę, żeby widział jak się męczę, żeby docenił to, żeby dopilnował wszystkiego jakbym odleciała. Mam w dupie, że będę spocona i brzydka. I jeśli K zdecyduje, że nie chce być przy porodzie, to chcę, żeby to była jego decyzja a nie efekt słuchania ludzi, którzy uważają, że facet "nie ma co oglądać" przy porodzie. 
Po trzecie- rozumiem "baby blues", zmęczenie, szok, ból i to, że człowiek po porodzie jest na tyle wypompowany, że nie ma siły zachwycać się nowo urodzonym bobasem, ale opowiadanie o tym w sposób "dobra, zabierajcie to dziecko, ja muszę odpocząć" mnie- kobiecie w ciąży, kobiecie z PCO, kobiecie starającej się wiele miesięcy o potomstwo... to chyba trochę nie na miejscu.

Tak więc weekend mnie wypompował fizycznie i psychicznie, do tego w poniedziałek słońce dało dupy i zwiało gdzieś do ciepłych krajów, do tej pory nie wróciło. Jest szaro, brzydko, a ja jestem zmęczona. Skąd wziąć energię w ciąży...?

Ps: dla Dziewczyn, które prosiły o fotki węży: mam ich 7, do tego jaszczurkę, pająka oraz patyczaki i na jednym zdjęciu nie da rady ich wszystkich zmieścić. Więc wrzucam Kiciusia - tak na dobry początek :)

Opublikowano 02:34 by lipson

14 komentarzy

piątek, 6 września 2013

Ostatni Dzień Do Dupy za mną i ażeby już mnie żaden zły dzień nie zaskoczył kupiłam sobie wczoraj 6 kolb kukurydzy (uwielbiam!), tubkę słodkiego mleczka, z kalendarza wypieprzyłam wszystkie wyjścia zmuszające do ubrania czegoś innego niż wielkie majciochy i dresy oraz zaplanowałam organizowanie naszej sypialni. Taki babski dzień Przyszłej Mamy.

Jeszcze nie tak dawno mieszkałam z siostrą, każda z nas miała swój pokój, w pokoju wersalkę, ławę, fotele- każda dla swoich gości. Siostra się wyprowadziła, K się wprowadził, mój pokój stał się nagle naszą sypialnią. Ale... taką dupną. Bo:
1)mam ławę i fotele - w sypialni niepotrzebne
2)mam wersalkę a nie łóżko sypialne
3)mam terrarium z boa dusicielem i agamą brodatą, średnio pasujące do łóżeczka z niemowlakiem

Wersalka i fotele są praktycznie nowe, więc żal je wyrzucać. Ogłoszenie o sprzedaży wrzuciłam na tablicę.pl, jeśli ktoś kupi- wtedy za pieniądze z wersalki kupimy łózko sypialne. Póki co wersalka robi za łoże małżeńskie, fotele robią za stoliki nocne a ława stoi cholera wie po co. Terrarium jest w trakcie rozbiórki, zwierzaki przeprowadzą się do pokoju dziennego. Żeby pokupować wszystko co trzeba do sypialni nie mamy pieniążków, za dużo poszło dużo na kafelki, pralkę, kuchenkę i inne pierdoły. 

Ale póki co jest jak jest. Sypialnia zawiera w sobie już łóżeczko dla Dzieciola skręcone jakiś czas temu, żebyśmy psychicznie przygotowywali się na Człowieka, Który Nadchodzi. Wyglądało to tak:
Po prawej te kreseczki przy łóżeczku to okno, a pod oknem- kaloryfer. To, wg. znajomej młodej mamy, jest średnią opcją dla niemowlaka- niby łóżeczko tylko trochę wystaje na obszar okienno-kaloryferowy, no ale jednak. Od okna ciągnie, od kaloryfera duchota. Więc kombinowałam jak tu poprzestawiać, żeby było lepiej. Poprzesuwałam, porozsuwałam, poprzenosiłam. I wygląda tak:
Wygląda dziwnie, bo przyzwyczaiłam się do poprzedniego układu, ale zobaczymy jak się sprawdzi. Komoda, która mamy może robić za komodę na rzeczy dziecka, więc stoi blisko łóżeczka- wszystko pod ręką. Przewijak nakładany będzie na łóżeczko, a nad komodą pomaluję ścianę na czarno-biało, dla rozwoju Małej w pierwszych miesiącach życia. Chyba ten układ będzie lepszy, jak sądzicie?

Prócz tego posprzątałam u małych węży, bo mimo, że węże same w sobie nie pachną, to ich kupy- zdecydowanie czuć. Do tego ogarnęłam kuchnię, posprzątałam trochę w pokoju dziennym. Wieczór poświęcając na etap pierwszy budowy nowego terrarium do pokoju dziennego (w którym zamieszkają aktualni mieszkańcy sypialni). I właśnie jakoś wtedy pomacałam się po brzusznym globusie i... poczułam, że jest jakiś twardawy. Czułam do tego lekkie hmmm napięcie w dole brzucha. Nie byłam do końca pewna, czy faktycznie to czuję- może mój brzuch codziennie taki jest tylko nie zauważyłam?

A jednak- dzień minął, w nocy wypoczęłam, dziś rano wstałam i brzuch wrócił do swojej normalnej wielkiej miękkiej postaci. Co oznacza twardy brzuch w ciąży? Nic dobrego. To organizm mówi przyszłej mamie: "Hola hola! Nie zapominaj, że masz płoda pod sercem- więcej odpoczynku, bo przegrzejesz system i popsujesz proces produkcyjny!"

Więc se myślę- dzisiaj wypoczywam i hu! 

No... człowiek planuje, a wychodzi kupa :)
Bo na weekend (a dokładniej dziś przed północą) przyjeżdża do nas siostra K. A kto posprząta mieszkanie, skoro K cały dzień w pracy a potem jedzie organizować targi weekendowe?
No ja. 

To se cholera wypocznęęęęęęęęęęęę... 

Więc robię ten szybki wpis przy kawie i zabieram się za kuchnię. Powoli i spokojnie, ale stanowczo. Dziś współpracuję z brzuchem pamiętając, że nie jestem już panią swojego ciała... jest nią to małe coś, co mnie kopie od środka jak obcy w jakimś horrorze. 

Trzymajcie kciuki.

Opublikowano 05:10 by lipson

12 komentarzy

środa, 4 września 2013

Ile matek tyle opinii.
Pampersy konta Dada, chusta kontra nosidełko, szpital gorzowski kontra poród poza miastem, cesarka kontra naturalny i tak dalej i tak dalej. Można naprawdę zgłupieć od tych wszystkich ludzi zaczynających zdanie od "najlepsze są..." albo "najlepiej jakbyś...". I to nie jest tak, że mam wszystkie rady głęboko w moim wielkim ciężarnym tyłku, tylko zwyczajnie... nie wiem w co wierzyć i czym się kierować. 

Najlepiej podsumowała to chyba moja kuzynka: "słuchaj wszystkich, rób po swojemu i sprawdzaj reakcję dziecka, bo każde dziecko jest inne". Tak mam zamiar zrobić.

Jedyną rzeczą, co do której WSZYSTKIE młode mamy z Gorzowa były zgodne, to Szkoła Rodzenia przy Gorzowskim Szpitalu oraz pracująca w niej Pani Wioleta. Każda jedna mamuśka wychwalała Panią Wioletę, że świetnie tłumaczy, że angażuje mężczyzn, że gimnastyka pomaga a spacer po szpitalu uspokaja. Dlatego bardzo cieszyłam się na dzisiejszy dzień- początek mojej szkoły. 


Ale sami wiemy- człowiek planuje, a wychodzi kupa.

Wczoraj pracowałam nad stroną internetową kuzynki K do 2 w nocy, a budzik budzi mnie o 8:30. To cholernie mało snu dla mnie, zwłaszcza jak jestem w trakcie Produkcji Homo Sapiensa. Więc jestem niewyspana i zmęczona. Energii malutko.
Ubieram się ciepło, bo na dworze szaro, a gdy wychodzę- okazuje się, że w sumie jest ciepło. Wracam się, przebieram (pół szafy ląduje na łóżku), siadam przed blokiem i już czuję jak jestem zgrzana i jak się pocę
Mama przyjeżdża po mnie, chyba na czczo, bo poddenerwowana i swoje zdenerwowanie przenosi na mnie. Gdy w końcu dojeżdżamy gdzie trzeba. pan otwierający szlaban nie chce wpuścić naszego auta (wjazd tylko z przepustką) i każe zaparkować na zewnątrz w bardzo niemiły sposób, co dodatkowo wyciska ze mnie pozytywną energię. 
W momencie gdy docieramy na miejsce okazuje się, że pani Wioleta akurat na chorobowym, jej zastępczyni tylko mnie spisuje, a pierwsze konkretne zajęcia będą za tydzień. Więc guzik się dowiaduję. 
Mama wpada na kawę i przy okazji jest sobą (oj, łazienka nie posprzątana, oj śmieci nie wyrzucone, oj kuchenki starej się jeszcze nie pozbyłaś, a ciuchy na fotelu się piętrzą itd itd...). Resztki pozytywnej energii wyciekają ze mnie nosem i uszami...
A gdy K wraca z pracy i serwuje jedzenie, które kupił (prosiłam ziemniaki z fasolką szparagową) okazuje się, że w moim pudełeczku jest coś, co wygląda jak dziecko brokuła i szyszki. 
- Co to?
- No fasolki nie było.
- To czemu nie zadzwoniłeś, żeby spytać co innego chcę?
- Y... nie wiem.
Niby bzdura, ale po całym tym dniu... no kurde.

W końcu (bo przecież jak ciężarna ma zły dzień to musi być on zły na maxa), K chwali się ławą, którą przywiózł ze starego mieszkania. Ławą pasującą do pokoju, w którym ma stać jak jadalne stringi do świńskiej dupy. I nie potrafi zrozumieć, dlaczego uważam, że to zły pomysł. 
- Ale ja ją chcę - mówi w końcu.
Rozglądam się po pokoju w kolorze ciemnej czerwieni i głębokiego mahoniu a potem przenoszę wzrok na starą jasnobrązową podniszczoną ławę, wzdycham i wychodzę. Nie mam na to energii.

Ostatecznym ciosem okazuje się moje pytanie "kochanie, może coś obejrzymy?"
- Kotuś, muszę dokończyć planowanie warsztatów. Nie da rady.

Jeden z tych dni, gdzie kobieta czuje, że wystarczy jeszcze choćby przewrócona solniczka a wybuchnie głośnym płaczem. Wiecie o czym mówię.

Aaa, w dupie, idę po coś słodkiego do Biedronki, chce coś któraś? :)

Opublikowano 10:41 by lipson

13 komentarzy

wtorek, 3 września 2013

U MAMY:

- zasadniczo nic nowego, standardowe tycie, zgagi, bóle kręgosłupa oraz nóg, zaparcia i senność
- najczęściej słyszane pytania to: "na kiedy masz termin?" oraz "chłopiec czy dziewczynka?"
- na tym etapie najlepiej zrezygnować już z pozycji misjonarskiej

U KREWETKI:

- pojawiają się czkawki u dzidzi
- oczy częściowo otwarte, najwięcej energii dziecko ma gdy mamusia odpoczywa
- krewet pokryty jest mazią płodową, skupia się głównie na tyciu
- waga: około 1 kg



Ze względu na fakt, że nastawialiśmy się na chłopca, mieliśmy lekki problem z imieniem dla Człowieka Rozwijającego Się W Moim Wielkim Brzucholu. Imię dla chłopca wymyślił K., imię dla dziewczynki miałam opracować ja.
Gdy pojawiła się opcja, że być może będzie to dziewuszka (jeszcze jakiś czas temu), moja Mama zaproponowała imię Anna, natomiast Teściowa, całkiem przypadkowo jak mniemam, miała przygotowany zestaw kilkunastu imion kobiecych w swoim małym kajeciku, które to imiona oczywiście mi wszystkie zaprezentowała, czytając powoli żebym zapamiętała. Jakbym miała wypisane na twarzy "czekam na propozycje imion dla MOJEGO dziecka, bo sama sobie nie poradzę".

Ja natomiast myślałam długo o imieniu dla mojej Krewetki. Co prawda, "róża i pod inną nazwą nie mniej by pachniała" ale jednak- chciałam, żeby brzmiało ładnie, bez problemu się zdrabniało, ale również brzmiało dostojnie w pełnej wersji. Myślałam o Zosi czy Zuzi, ale teraz co druga dziewczynka ma tak na imię. Myślałam o Annie, po mojej mamie i babci K, ale jakoś tak za krótkie... Były imiona, które kojarzyły mi się z dziewczynami, które niespecjalnie lubię lub które nic w życiu nie osiągnęły (niby to nie wina imienia, ale po co sprawdzać?). W końcu po wielu tygodniach wymyśliłam:


Gabriela Anna

Dla rodziców: Gabrysia
Dla znajomych: Gabi, Gaba
Jak będzie niegrzeczna: Gabrycha ;)
Jak już będzie inżynierem: Pani Gabriela
A jak jej się pierwsze imię podobać nie będzie: Ania 
Zwłaszcza, że Ania to imię z jednej strony: mojej Mamy, a z drugiej: Babci K.

Tadam! Jestem zadowolona i chyba już tej koncepcji nie zmienię.

Dlatego podczas ostatniej wizyty u Teściów (urodziny Teścia), musiałam nieźle walczyć ze sobą, by zachować się grzecznie.
- Dwa imiona? - mówi Ciocia K. - ale po co to?
- Żeby podkreślić korzenie małej. I żeby Babcia wiedziała, że o niej myślimy.
- Ale to tak dziwnie, bez sensu.
- W razie gdyby pierwsze imię jej się nie podobało, może używać drugiego, jak moja mama - tłumaczę dalej.
- No nie wiem, ja dawałam po jednym imieniu moim dzieciom i oba wnuki też mają po jednym imieniu. I tak się jednego imienia używa, dwa to bez sensu, jak ten królewicz angielski- on to ma chyba cztery imiona - i zaczyna się śmiać.

Kurwa mać, radzić to jedno, ale mówić mi, że mając dziecko w brzuchu już źle się zabieram do wychowywania, to co innego. Zwłaszcza, że imię jej jednego wnuka to Tymon - imię, które nie podoba się całej rodzinie, brzmi staro i drętwo, ale ja jej tego nie mówię, bo przecież mogę ją urazić- to raz, a dwa- nie moje dziecko, nie moja sprawa jakie ma imię. To może ona tez mogłaby uszanować fakt, że to MOJE a nie jej dziecko

A Wam też miliard osób radziło jak nazwać dziecko i jak je wychowywać jeszcze jak byłyście w ciąży?



Ps- czasami bawię się z K w zabawę "czemu mnie kochasz?", on się uroczo gimnastykuje, zazwyczaj mówi "bo tak", za co dostaje kuksańca w bok. Ale czasem powie naprawdę coś genialnego. I tak się stało ostatnio wieczorem. (pamiętacie akcję "depilacja"?) Zasypiając pytam K.:
- Misiu, kochasz mnie?
- Oczywiście. Bardzooo - odpowiada sennie.
- A czemu?
Cisza, cisza, cisza... Może już zasnął?
- Bo się dla mnie depilujesz - odpowiada w końcu.
:)

Opublikowano 03:35 by lipson

21 komentarzy